web analytics

«

Rezydenckie sny o Zombie!

Obudziłem się dziś zmęczony i zlany potem. Odetchnąłem głęboko i już wiedziałem o czym będzie czwartkowy wpis w naszym Szalonym, Gierkowym Szpitalu. Wpis będzie o snach… „growych” snach.

Stary zbereźnik Zygmuś Freud uważał, że sny to „królewska droga do nieświadomości”. Carl Gustav Jung twierdził iż mają funkcję terapeutyczną i mogą prowadzić do lepszego zrozumienia samego siebie. Według Arystotelesa to po prostu wrażenia zmysłowe – sny są obrazami życia na jawie, choć zniekształconymi.

Nie mogę z całą pewnością stwierdzić, czy słynny, grecki filozof był graczem, ale w moim przypadku Arystoteles chyba trafił w sedno. Kiedy intensywnie „gram w grę” to potem mam sny związane właśnie z tym w co siekam na moim wiernym komputerze, albo konsoli.

Nie są to jakieś oniryczne, nieskładne wizje. Moje sny-o-grach są… są jak same gry. Na ogół są niezwykle spójne – mają fabułę, dialogi, czasem menu(!) wyboru dialogów. Często widok np. z trzeciej osoby jak w jakimś Gears of War i tak dalej. No i zawsze są wspaniałe widoki! Czasem jest to „świat jak żywy” i realistyczny, ale na ogół obcuję z jakąś wariacją graficznego stylu z danej giereczki. Oczywiście jestem tam głównym bohaterem i przeżywam przygody. Jakie? Takie jakie zapewnia ogrywana ostatnio przeze mnie produkcja. Tyle, że sen jest tak z milion razy lepszy od prawdziwej gry. Czynnikiem wspólnym jest to, że NIE staje się główną postacią danej gry. To nadal jestem JA! Ten zwykły, prawdziwy JA.

Byłem już kowbojem w w krainie Morfeusza inspirowanej intensywnym graniem w Red Dead Redemption 1&2 i galopowałem po prerii. Miałem dziwaczne przygody u boku Henryczka z Kingdom Come Deliverance 2. Lata temu byłem też gangsterem w prochowcu, kiedy zachwyciła mnie druga odsłona Mafii. Nie wiem tylko dlaczego jako płatny cyngiel jeździłem na rowerze i rozwoziłem po mieście mozzarellę. Tak, tak wyżej napisałem, że sny o „grach” mam na ogół spójne, niemniej jednak czasem są dość szalone i dziwaczne.

Kolejny przykład. Grając jakiś czas temu w Baldur’s Gate III i po udanej, wielogodzinnej sesji zmęczony zapadłem w drzemkę to śniło mi się, że dopadł mnie Drizzt Do’Urden, który chciał wymierzyć mi karę – sto klapsów. Za co? Za to, że ukradłem mu jego Sejmitary! Swoją drogą ja NAPRAWDĘ w pierwszym Baldur’s Gate połakomiłem się na broń Drizzta i przy pierwszym spotkaniu w grze zatłukłem go i obrabowałem. Jak widać moja podświadomość przez lata nie mogła się pogodzić z tym niecnym uczynkiem!

Dziś znowu miałem sen związany z grą. Chyba już się domyślacie? Dziś śniło mi się, że jestem w uniwersum Resident Evil Requiem. Strzelałem z pistoletu do paskudnych zombiaków i uciekałem przed dziwacznymi stworami. Spotkałem też Leona. Sen był naprawdę świetny. Gra zrobiła na mnie tak duże wrażenie, że jak już wcześniej wspomniałem obudziłem się zlany potem. A na ogół nie czuję strachu podczas snu bo „wiem”, że to tylko gra-sen.

Prawdziwy horror…

W ogóle to ciekawa sprawa z tymi moimi snami. Żadne inne medium nie oddziałuje tak mocno na moją podświadomość. Jestem molem książkowym, ale praktycznie nie mam snów związanych z przeczytaną przeze mnie ostatnio lekturą. To samo filmy i seriale. Sny związane z X muzą są u mnie sporadyczne. Gry? Gry to zupełnie inna sprawa. Kilka godzin rozgrywki i niemal na bank nocą przeżywać będę szalone przygody w uniwersum w którym bawiłem się wcześniej na jawie.

Najśmieszniejsze jest jednak to, że niemal zawsze budzę się w najciekawszym momencie fabuły snu. Jakimś plot-twiście itd. Kiedy sen zaczyna być chaotyczny, niespójny i logiczna wizja zamienia się w oniryczne majaki wiem, że zaraz się obudzę.

Tak było i tym razem. Właśnie przemierzałem z duszą na ramieniu jakieś śmierdzące kanały w poszukiwaniu zombiaków razem z Leonem S. Kennedym, kiedy ten odwrócił się do mnie i rzekł: „czy dobrze się odżywiasz kolego”? Leon miał twarz nie Leona, ale zmęczoną fizys Roberta F. Kennedy’ego Juniora. Tak tego pajaca co jest ekhem sekretarzem zdrowia u Donalda Trumpa.

I wtedy się obudziłem i zakląłem siarczyście, bo naprawdę chciałem sprawdzić te cholerne kanały!