
W pierwszych minutach Odysei reżyser serwuje nam scenę uczty w pałacu Odysa. Nagle w oku kamery pojawia się drugorzędny raper Travis Scott – znany bardziej z zapłodnienia panny Jenner – niż z dokonań muzycznych i deklamuje… pardon! Drąc się wniebogłosy wyrzuca z siebie bełkotliwe słowa. Ja rozumiem, że greccy bardowie, a raczej pieśniarze nosili miano rhapsodes, ale Nolanowi chyba to wszystko za bardzo skojarzyło się z rapem. To dla mnie najgorsza i poniekąd definiująca ten film scena. Scena dobitnie pokazująca dziwaczne, a nawet ekscentryczne i często niezrozumiałe dla postronnego odbiorcy wybory artystyczne. Christophera Nolana. Dość powiedzieć, że czułbym równie duży „dysonans poznawczy” gdyby zamiast Scotta do tej roli zatrudniono Zenka Martyniuka śpiewającego pijanym zalotnikom Penelopy „Prze twe oczy zielone”, czy inne „Majteczki w kropeczki”. Potem jest równie ciekawie – pojawia się Batman zmiksowany z Robocopem, opancerzeni Lajstrygonowie wyglądający jak armia robotów Wielkiego elektronika z Pana Kleksa, a sam Odyseusz pomyka po morskich falach w wikińskim drakkarze! TOTAL CINEMA, że tak powiem!
Zacznijmy jednak od początku. Od razu chcę zaznaczyć, że ten tekst nie jest recenzją sensu stricto. To co teraz czytacie będzie z jednej strony moimi impresjami spisanymi na gorąco po kinowym seansie oraz opinią dotyczącą… tego wszystkiego co działo się wokół tej kinowej produkcji ostatnimi czasy. A podkreślmy, że dyskusja wokół ekranizacji Odysei przez Nolana nie była zdrowa. Delikatnie mówiąc mamy do czynienia z kolejnym dziełem, które rozpętało w „Internetach” istne piekło. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: filmy, a może raczej szeroko pojęta popkultura stała się miejscem zaciętej batalii, „wojny kulturowej”. Są dwa zacietrzewione obozy i „prawda” każdego z nich jest „najmojsza” i „jedynie słuszna”. Wyznawcy z obydwu obozów zawsze wyciągają jakiś OSTATECZNY argument i traktują go jak pałkę do okładania nią adwersarza po łbie. Cierpi na tym dyskusja, ale najwidoczniej w takich czasach przyszło nam żyć.
Kto, a raczej co najbardziej obrywa? Zdrowy rozsądek. Co ciekawe film Nolana został oprotestowany przez greckie środowiska akademickie i mówiąc szczerze Grecy mają do tego święte prawo. Sęk w tym, że ahistoryczność i dowolność interpretacji (o tym później!) tak naprawdę nie jest jedynym problemem tego filmu. Problemem jest sam Nolan i jego ego. Bardzo kłopotliwe, że tak to delikatnie ujmę – w tym także dla mnie – jest kompletne zignorowanie „tożsamości kulturowej” oraz ta niezwykła frywolność z jaką reżyser traktuje dzieło Homera.
Tak oto płynnie przeszliśmy do kolejnego „słonia w pokoju” i poniekąd grzechu Odysei. Grzechu, którego wielu nie może wybaczyć. Mowa o wizji Christophera Nolana. Powiedzmy to wprost: Nolan zrobił film taki jaki CHCIAŁ. A przynajmniej sam tak deklaruje. To JEGO wizja, interpretacja, adaptacja… nazywajcie to jak chcecie, Odysei. Za taką konsekwencję należą się mu wyrazy uznania, ale to tyle. Dlaczego? Ponieważ, znowu użyję tego określenia, frywolność interpretacji też powinna mieć pewne granice. Granice te wyznaczać powinien zdrowy rozsądek. Nolanowska Odyseja jest dla brytyjskiego reżysera wehikułem własnego „widzimisie” miażdżącym po drodze no cóż… Homera i JEGO Odyseję oraz całą spuściznę kulturową jaką niesie na swoich barkach to dzieło. Odyseja to nie cholerny komiks Marvela. To zupełnie inny ciężar gatunkowy mający nieporównywalnie większy wpływ na szeroko pojętą kulturę. Taką przez duże K i należy się jej po prostu szacunek i godne potraktowanie. I w takim przypadku mam głęboko w poważaniu „swobodę twórczą”. Szczególnie kiedy ta ostatnia prowadzi do intelektualnej anarchii.

Zaczynam popadać w patos, ale taka jest prawda. Odyseja jest niezwykle ważnym dziełem. Podwaliną europejskiej kultury. Kto twierdzi inaczej jest zwykłym ignorantem. Wreszcie… o czym nikt nie mówi i nikt nie zwrócił na to uwagi (nawet najostrzejsi krytycy filmu zafiksowani na kolorze skóry, czy płci poszczególnych postaci!) Odyseja Homera nie jest dziełem „martwym”. Jest niezwykle ważna dla współczesnych Greków, jest podwaliną ich tożsamości narodowej. I nie jest to przesada!
Dzieła Homera nie są dla Greków zakurzonymi zwojami, ale czymś co przez wieki podtrzymywało ich tożsamość kulturową i narodową. Od połowy XV wieku Grecją rządziło okrutną ręką Imperium Osmańskie. Grecy byli rugowani z „tożsamości kulturowej”, mordowani i prześladowani. Do XIX wieku doszło kilkanaście razy do krwawych powstań narodowych przeciwko opresorowi. Krwawo tłumionych dodajmy. Kulminacją była Rzeź Pontyjska w latach 1914-23 – Turcy wyrżnęli w tamtym okresie ponad 700 tysięcy Greków. w TYM KONTEKŚCIE Illiada i Odyseja Homera była „tożsamościową kotwicą”. To na tych dziełach wychowywały się pokolenia Greków. Homer i jego dzieła były dla nich tym, czym dla Polaków w czasach zaborów były dzieła Krasińskiego, Mickiewicza, czy Słowackiego.
I nagle przychodzi jakiś bezczelny brytol Nolan i nie dość, że zmienia co chce wedle własnego „widzimisię” to jeszcze śmie Greków pouczać w kwestii ich własnej kultury i tożsamości! Tak jest! Taka optyka i spojrzenie na Odyseję jest jak najbardziej uzasadnione. Można zakrzyknąć „nie odprawiajcie Greków!”. Nolan to zrobił…
Ufff, jesteście jeszcze ze mną? Brniecie przez ten wpis zaciskając zęby? To teraz będzie trochę lżej, ale nadal o „nolanowskiej wizji” Odysei. Czas na elementy kabaretowe, graniczące z absurdem. A tych w tym filmie nie brakuje. Wspomniałem już na wstępie o opancerzonych Lajstrygonach, królu Agamemnonie w masce Batmana, zbroi niczym z Robocopa i wikińskim drakkarze Odyseusza zamiast „prawilnej” mykeńskiej galery. Stroje nie pochodzą z epoki brązu/wieków ciemnych, ale są luźną wariacją epoki klasycznej a raczej naszego współczesnego wyobrażenia wykreowanego przez popkulturę „jak ma wyglądać starożytna Grecja”. Czy mam o to pretensję? Nie, ale byłoby miło choć raz zobaczyć jak Hollywood jest na tyle dzielne, by nie poszło utartymi ścieżkami i dało widzom coś świeżego i nieoklepanego.
Nie owijając w bawełnę film Christophera Nolana i jego wizja to najczystszej wody apropriacja kulturowa. Poziomem dowolności interpretacji (delikatnie mówiąc) niemalże dobija do takich dzieł filmowych jak obraźliwe dla zdrowego rozsądku filmidło „Bogowie Egiptu” w którym po ekranie jako bóg Horus śmiga bielutki jak śnieżynka duński aktor Nikolaj Coster-Waldau. Miałem też nieodparte wrażenie, że część tandetnych rekwizytów w Odysei zabrano z planu „Przygód Herkulesa” z Kevinem Sorbo. A kiedy zobaczyłem na ekranie „barda”, czyli Travisa Scotta to pomyślałem sobie: „Na Dzeusa gromowładnego! Toż to niemalże poziom Poznaj moich Spartan!”
Wszystko to o czym wspomniałem przed chwilą to tylko detale natury „technicznej”, ale jest jeszcze warstwa fabularna i tu też Nolan wcisnął „samego siebie” i swoją wizję. Zacznijmy od radykalnej zmiany, która niekoniecznie jest zła! Odyseusz u Nolana to człowiek przybity ciężarem swoich, niezbyt chwalebnych czynów. Nosi w sobie smutek i traumę. Rozumiem ten wybór. Reżyser chciał zapewne nadać Odysowi głębi. Dzięki temu filmowa Odyseja stała się – mówiąc generalnie – nośnikiem współczesnej wrażliwości i postrzegania świata. Tymczasem u Homera było inaczej! Chyba nikt się nie spodziewał, że utwór sprzed ponad 2800 lat będzie rezonował w 100% z naszym poczuciem moralności tudzież z powszechnym dziś „standardem” postrzegania Dobra i Zła, czyli manicheizmem? Homer, w przeciwieństwie do tego co czyni Nolan w swojej adaptacji, nie moralizował i nie oceniał swoich bohaterów. Chciałbym napisać, że straumatyzowany Odys to „licentia poetica” i zabieg samego brytyjskiego reżysera, ale byłaby to nieprawda. Sam Nolan wyjawił publicznie, że w swojej adaptacji mocno inspirował się Odyseją w tłumaczeniu Emily Wilson. To właśnie amerykańska naukowczyni zmieniła pewne ekhem… akcenty oryginału i tak nagle dostaliśmy Odysa targanego poczuciem winy.
Warto też wspomnieć, że zabiegiem technicznym, choć wpływającym ostatecznie na percepcję/odbiór tego kinowego dzieła przez widza jest sam klimat. Odyseja jest filmem mrocznym. I nie mówię tu tylko o tym, że jest wyzuty z kolorów i estetycznie przypomina ekranizację jakiejś nordyckiej sagi. W warstwie fabularnej mamy elementy godne niezłego horroru. Scena z cyklopem Polifemem, czy moment transformacji towarzyszy Odyseusza w świnie u Kirke mogą zdumieć niejednego oglądającego.

Obsada filmu? Nolan zebrał samą śmietankę. Na ekranie przewijają się gwiazdy kina i po prostu aktorzy znający swój fach. W najważniejszych rolach ujrzymy: Matta Damona, Charlize Theron, Anne Hathaway, Roberta Pattinsona, czy Johna Leguizamo. Nie będę wymieniać wszystkich, ale dość powiedzieć, że obsada jest sroga! Rozumiem jednak za zasadny zarzut osób, które uważają, iż takie nagromadzenie znanych aktorów może tej produkcji szkodzić. Dla mnie to jednak nie problem.
Matt Damon w roli Odyseusza jest w porządku, choć razi mnie jego bostoński akcent. Według mnie rewelacyjnie wypadł John Leguizamo w roli Eumajosa. Zawodzi natomiast Pattinson jako Antinoos, czyli jeden z zalotników Penelopy. Miota się biedaczysko po ekranie z wykrzywioną twarzą, jest wiecznie wściekły, albo – jak w jednej z ostatnich scen – tchórzliwie żałosny i śmieszny. Kiedy Odyseusz w końcu przebija mu bebechy nie kryłem radości!
Odnoszę jednak nieodparte wrażenie, że Christopher Nolan potraktował swoich aktorów bardzo źle. Powiedziałbym nawet, że przedmiotowo. O czym mówię? Posłużę się przykładem bardzo ważnej dla dzieła Homera scenie, czyli pierwszym spotkaniu Telemacha z Odyseuszem. Największy ładunek emocjonalny w scenie pierwszego spotkania syna z ojcem wprowadza… pies Argos ze swoim leciutko drżącym ogonkiem i cichym zejściem z ziemskiego padołu. Ten wzruszający moment zepsuty jest drętwą wymianą zdań między Hollandem a Damonem. W dodatku trwało to zaledwie chwilę! Jak na litość boską aktorzy w dosłownie kilka sekund mają oddać na ekranie całe spektrum ludzkich emocji wywołane tak doniosłym wydarzeniem? Dlaczego ta emocjonalna z natury scena została tak bardzo zmarginalizowana. To jeszcze jeden z niezrozumiałych dla mnie wyborów Nolana.
Podobnie okrojone jest spotkanie z Polifemem. W adaptacji Nolana mamy, jak już wcześniej wspomniałem scenę iście z horroru i także niezbyt długą. W homeryckim oryginale wygląda to nieco inaczej. A samo spotkanie Odyseusza z jednookim jest BARDZO ważne ze względu na konsekwencji czynu naszego protagonisty. Nolan traktuje ten ważny epizod z przysłowiowego „buta”. Wielka szkoda.
Wiem na co wszyscy czekają! Helena. Ach Helena grana przez Lupitę. Ktoś zdeterminowany policzył i zamieścił w Internecie ile czasu „antenowego” w tym trwającym trzy godziny widowisku dostała postać Heleny. Otóż Lupitę N. możemy w sumie podziwiać na ekranie – i to w podwójnej roli – zaledwie przez nieco ponad pięć minut! To tyle co nic. Jeśli komuś naprawdę bardzo przeszkadza czarnoskóra Helena i nie może nad tym przejść do porządku dziennego to na te kilka krótkich scen może zamknąć oczy i zacisnąć zęby! Podobnie jest z trans-aktorem Elliotem P. Jego ogólny czas na ekranie to około trzech minut. W dodatku [Spojler] ginie w pierwszych minutach filmu.
No i jeszcze jest Zendaya jako Atena. Zendaya ma trzy, czy cztery krótkie sceny. W niemal każdej z nich stoi, albo siedzi i ze skwaszoną miną przygląda się pogardliwie Odyseuszowi. Czyli norma. Zendaya gra Zendayę.
Czas powoli kończyć, bo rozpisałem się ponad wszelką miarę. Przed kinowym seansem myślałem, że Odyseja Nolana to będzie „dobry film, ale kiepska adaptacja”. Myliłem się, ale tylko w połowie. Odyseja Christophera Nolana to dla mnie średni film, ale niezwykle haniebna, spłaszczona, pozbawiona poetyki adaptacja homeryckiego dzieła. Oczywiście „Krzyś dobrym reżyserem jest” i samo widowisko – paradoksalnie – może się miejscami podobać, ale miłośnicy antyku i greckiej mitologii itd. mogą czuć się bardzo rozczarowani.
Tak! To jest swobodna adaptacja, a nie ekranizacja. Sęk w tym, że nawet swoboda twórcza powinna mieć granice i jak już napisałem wcześniej traktować źródła z respektem. Nolan nie szanuje Odysei.
Tak po prostu.

Subskrybuj kanał GRAstroskopia.pl