Kiedy dorosnę to będzie super, bo będę miał dużo czasu na granie. Nikt nie będzie mi brzęczał nad uchem i odganiał od komputera, czy konsoli.
Przeczytaliście powyższy akapit? Uśmiechnęliście się? Powróciły wspomnienia? Zapewne tak, z pewnością w latach durnej-chmurnej młodości też tak myśleliście. Nie wiedzieliśmy jeszcze czym jest przysłowiowa proza życia.
A prawda jest taka, że człowiek wraca zmęczony do domu po godzinie 18, przy dobrych wiatrach i jak nie ma korków i rzuca się zmęczony na kanapę jak jakiś kartofel. Sięga po jakąś grę, o ile ma jeszcze dość siły i co? RPG na 50+ godzin rozgrzebane od kilku miesięcy tak, już nie pamiętasz CO robiłeś w tej cholernej grze. Masz ochotę pograć, ale zerkasz na zegarek. Wolnego czasu masz jakieś góra dwie godziny. Co robisz? Odpalasz Netfllixa, albo inną usługę VOD? Znacie to? Z pewnością tak.
Skąd te przemyślenia? Wrzesień należy do dwóch, diametralnie różnych gier. Jedna jest spora, wymaga poważnego zaangażowania gracza (i czasu). Druga jest niemalże samograjem na kilka godzin. Prostą siekaninką niebezpiecznie balansująca na granicy prostactwa. Chyba nie trudno się domyślić, że mówię o The Blood of Dawnwalker oraz Marvel Wolverine.
Z Coenem i jego wampirzymi oprawcami spędziłem już dobre kilkanaście godzin. Nie spieszę się, chłonę atmosferę. Wykonuję zadania, bije dzikie dziki w lesie ;) i w ogóle. Na moim powolnym graniu, wręcz delektowaniu się tym tytułem cierpi mój blog – zanim przejdę i coś napiszę „moment” Dawnwalkera przeminie. No, ale trudno. Z Rosomakiem sprawa ma się inaczej. To gra krótka i prosta. Zapewne ukończę ją za kilka dni mimo że również gram w żółwim tempie.
Który tytuł sprawia mi więcej przyjemności? To skomplikowane.
Kiedy byłem aktywny zawodowo w branży gier uważałem długość gry za „wartość dodaną”. Im dłuższa gra tym lepiej. Przychylniej oceniałem dłuższe tytuły. Zresztą „za dzieciaka” uważałem podobnie. Długie gry to było COŚ. Jeśli tytuł można było ukończyć w około 7-8 godzin zasługiwał na moją pogardę (patrzę na ciebie Call of Duty). Kiedy to się zmieniło? Dokładnie pamiętam ten dzień.
To było za czasów PlayStation 4, a ja z pasją grałem w Horizon Zero Dawn. Gra bardzo przypadła mi do gustu, ale ubzdurałem sobie, że wymaksuję całą mapę i odkryję absolutnie wszystko. Jak postanowiłem, tak zrobiłem choć pod koniec miałem już tej gry po dziurki w nosi. Czułem zmęczenie i wypalenie. Wtedy na jakiejś promocji kupiłem czwartą odsłonę Gears of War. Już wtedy czwóreczka była sporo po premierze, ale dziwnym trafem jakoś mnie „Gyrosy 4” ominęły.
Mój Boże! Ależ to było odświeżające doświadczenie. W gruncie rzeczy liniowa gra, którą „pyknąłem” w jakieś siedem godzin. Produkt jak za starych czasów. Podobnie było ze Space Marine 2, której zarzucano, że to „gra jak z czasów Xbox 360”. Jak dla mnie to była zaleta.
No, a teraz mamy przygody Wolverinczyka ;). Rozumiem oburzenie części graczy choć go do końca nie podzielam. Gra miała być prostą, bezpretensjonalną rąbaniną i taką jest. To świetny tytuł na odstresowanie się po pracy. Bo proszę zrozumieć… doba ma tylko 24 godziny i z wiekiem naprawdę ciężko być aktywnym graczem. Wygospodarowanie sobie kilku godzin czasu na tak zwane „dłuższe posiedzenie” poza weekendem na naszą pasję (czyli gry) graniczy niemal z cudem.
Proste gry też są fajne o ile, jak już napisałem na początku ta prostota nie zamienia się w prostactwo. A z tym niestety twórcy gier mają czasami problem i traktują graczy jak idiotów.
A tak w ogóle to niech każdy gra w to co lubi i nikogo nie osądza!

Subskrybuj kanał GRAstroskopia.pl