web analytics

«

Godzina z Phantom Blade Zero

Pograłem już trochę w najnowszą chińską giereczkę. Oto moje pierwsze wrażenia.

Chińczycy stoją u bram. Już nie tylko z motoryzacją, ale ich nowy „Długi Marsz” po światową dominację to także gry wideo. Tak jak nie za bardzo możemy śmiać się z chińskich produktów, które wyszły z fazy badziewia, tak teraz dołączyły do tego gry. Wystarczy wspomnieć dwie przez które zrzedła zachodnim deweloperom mina – RPG akcji z elementami soulslike’a, czyli Wuchang: Fallen Feathers, oraz wydany dwa lata temu Black Myth: Wukong. To właśnie przygody Małpiego Króla ogłosiły nową erę gier z Państwa Środka. Teraz do tej chyba najbardziej znanej dwójki dołącza dzieło studia S-Game z Pekinu.

Czym w ogóle jest Phantom Blade Zero? Na początku warto podkreślić, że chińscy twórcy gier znaleźli chyba formułę na sukces swoich gier. Podobnie jak w wymienionym wcześniej Wukongu wystarczy zmieszać elementy Wuxia, czyli gatunku literatury (i filmu) łączącego fantasy ze sztukami walki. Dodaj do tego szczyptę klimat rodem z Xianxia – kolejnego gatunku literackiego mającego swoje korzenie w XVI wieku (dynastia Quing) – zawierającego elementy konfucjanizmu, buddyzmu, taoizmu i ludowych, chińskich podań. Swoją drogą Xianxia często mylona jest z Wuxia, ale to nie czas na wykład ;). Acha! Zapomniałbym. Ten miks określa się mianem Jianghu. Czym jest Jianghu? Tak określa się właśnie uniwersum gry/filmu/powieści z elementami Xianxia i Wuxia, a jest to po prostu świat mniej więcej imperialnych Chin podlany sosem… pardon elementem fantastycznym – duchami, magią, potworami Yāoguài i tak dalej. Te wszystkie elementy mieliśmy w Wukongu. Mamy je też w Phantom Blade Zero.

Uff.. dość tych terminów. Wróćmy do samej gry. Phantom Blade Zero to po prostu spektakularna gra akcji z elementami RPG. To nie jest Soulslike! Mamy tu poziomy trudności do wyboru, a walka przypomina bardziej to co widzieliśmy na przykład w serii Devil May Cry, czy w Stellar Blade. No właśnie. WALKA. Ta jest w PBZ po prostu spektakularna. Oglądaliście filmy Wuxia? Ot choćby Wojownicy krainy Zu, Biały Wąż, Przyczajony tygrys, ukryty smok, czy Dom latających sztyletów? Jeśli tak, to wiecie o czym mowa. Powrócę jeszcze na moment do tego poziomu trudności. Mimo, że gra pozwala na wybór to nawet na najniższym, wybranym przeze mnie poziomie (nie wstydzę się tego) często możemy zginać przez naszą brawurę. Przykład? Na początku zabawy wlazłem do pewnej instancji. Przeniosłem się na arenę, gdzie… straszliwie, w nieco ponad pół minuty pohańbił mnie straszliwie jakiś mini-boss. Owszem, byłem wtedy nieopierzony, a postać praktycznie nierozwinięta, ale 30 sekund? Kiedy już zginąłem i odrodziłem się mój bohater stwierdził ze stoickim spokojem, że „jest jeszcze za słaby na to starcie”. Wróciłem tam po pewnym czasie i zmyłem z siebie odium patałacha!


Walka, a raczej szermierka w tej grze to balet, poezja i mówiąc językiem ulicy: po prostu przegięcie pały! A wygląda to wszystko po prostu świetnie. Warto przy okazji wspomnieć, że „konsultantem kreatywnym” był sam Donnie Yen. Słynny aktor kina akcji wcielił się też w jedną z postaci w grze.

No dobrze, a fabuła i oprawa graficzna? Zacznijmy od fabuły. Ta jest nieco pretekstowa, ale to precież gra akcji, gdzie skaczemy po ścianach i wywijamy mieczem. Naszym protagonistą jest Soul. Nie chcę za bardzo zdradzać meandrów tej historii, ale nasz bohater, należący do BTO, czytaj: Bardzo Tajnej Organizacji został oskarżony od zaciukanie swojego mistrza. Jak wiadomo nabicie na rożen starego mistrzunia rozsierdza innych wojowników Organizacji. Już na samym początku walczymy z jednym z nich, naszym przyjacielem i mentorem (chlip!). Dwaj wojownicy zarzynają się nawzajem, ale zostajemy ożywieni dzięki nowemu, sztucznemu sercu. Niestety pikawa będzie działać tylko przez 66 dni. Tu zaczyna się nasza epicka podróż. Więcej nie zdradzę. W każdym razie mamy tu dramat, epickie starcia na miecze i tak dalej. Czysty FUN!

Jak na razie przedstawiłem Phantom Blade Zero wyłącznie w superlatywach. Są blaski, ale są i cienie. Pod względem wizualnym gra jest ładna, ale dwuletni Black Myth: Wukong wygląda lepiej. Także pod względem artystycznym ale przede wszystkim przygody Małpiego Króla górują nasz przygodami Soula kiedy patrzymy na konstrukcję poziomów. Phantom Blade Zero pod tym względem nieco zawodzi. Termin „rura” jest tu adekwatny. Poziomy są dość małe i niezbyt zróżnicowane. Także sam protagonista jest jakiś, taki… nijaki. Nie poczułem do niego sympatii.

Niemniej Phantom Blade Zero to bardzo dobra gra. Wyśmienity gameplay, ciekawe uniwersum i tak dalej. Ja grałem w wersję na PlayStation 5, a konkretnie na moim proSIAKU. Na konsoli dostępne są trzy tryby graficzne: Quality, Balanced oraz Performance. Ten pierwszy to najładniejszy tryb, ale tylko zwierzęta grają w 30 klatkach na sekundę. Balanced to 40 klateczek jeśli mamy 120Hz telewizor obsługujący VRR. Ostatni tryb, czyli Performance to stałe 60 klatek, ale wizualia mocno cierpią. Acha! Na PS5 pro można włączyć Raytracing, który niezbyt wpływa na wydajność. Po prostu go włączcie i tyle.

Niestety Phantom Blade Zero dostępny jest wyłącznie w cyfrowej dystrybucji. Jest też na rok „Exclusiwem” na PS5. Cudzysłów zamierzony, bo gra dostępna jest też na komputerach PC. W końcu to chińska gra, chińskiego studia, które nie może przecież zignorować rodzimego rynku. A Chiny to rynek głównie PC.

Czy polecam Phantom Blade Zero? Po kilku godzinach zabawy jestem zadowolony. Gra ma swoje wady, ale zabawa jest przednia.