web analytics

«

»

O ludziach i voodoo

 


Kiedy branża była jeszcze młoda i nieskorumpowana, twórcy biedni a gry brzydkie, jednym z najważniejszych gatunków były gry przygodowe. Przygoda nie polegała jednak na bezmózgim masakrowaniu kontrolera (no… były uzasadnione sytuacje…) a poznawaniu historii wyjątkowego miejsca i/lub postaci. Anielską cierpliwość graczy w temacie eksploracji i najdziwniejszych zastosowań przedmiotów raz po raz testowały zwłaszcza LucasArt i Sierra. Ta druga postanowiła pozwolić utalentowanej współautorce King Quest VI na stworzenie własnej gry, która miała utrwalić jej pozycję na lata.

Autorką była Jane Jensen, grą Gabriel Knight: Sins of the Fathers, a kalendarz pokazuje 1993 rok. Tytułowy bohater mieszka w Nowym Orleanie, gdzie prowadzi odziedziczoną po ojcu księgarnię, a w wolnym czasie pisze kolejne książki (jednocześnie będąc ich jedynym czytelnikiem). Najnowsza ma dotyczyć serii morderstw noszących ślady rytualnych obrzędów voodoo, które to policja uznaje za sfałszowane. Gabriel będzie musiał przeprowadzić śledztwo wśród wierzących, dowiedzieć się, czym jest koza bez rogów oraz połączyć swoje nocne koszmary z morderstwami i historią własnej rodziny. Dopracowana fabuła łącząca gęsty realizm i mistyczne fantasy nie zostałaby tak dobrze przyjęta bez ciekawych postaci. Knight przypomina wielu kultowych bohaterów lat 80- i 90-tych. Wiecznie znudzony i zmęczony, nie szczędzi cynicznych komentarzy i chętnie podrywa piękne kobiety. Do działania potrzebuje odpowiedniej mieszanki kawy i whisky. Dekadenckość Gabriela stara się hamować jego asystentka Grace Nakimura, która w tym duecie odpowiada za zachowanie powagi, rozsądku, i porządku w papierach. Spotkamy też kilkanaście postaci drugoplanowych, m.in. starego przyjaciela Gabriela i detektywa prowadzącego oficjalne śledztwo Mosely’a, Dr Johna z muzeum Voodoo i bogatą famme fatale Malię Gedde.

Gra ukazała się w 1993 roku i jak w znanej piosence, “to widać, słychać i czuć”. Najszybciej oczywiście widać – 256 kolorów i rozdzielczość VGA które były nowością w starych, dobrych czasach, odbiegają od współczesnych standardów. Grafika jest jednak szczegółowa (na tyle na ile pozwalała technologia), czytelna i ładnie zaprojektowana. Mimo wieku jest nadal funkcjonalna i nie powinna zniechęcać w przeciwieństwie do wczesnej grafiki trójwymiarowej. Dźwięk zachował się lepiej, głównie dzięki doborowej ekipie dubbingującej, w skład której wchodzili m.in. Tim Curry (Rocky Horror Picture Show), Mark Hamill (ten od Star Warsów i animowanego Batmana) i Efrem Zimbalist (również Batman). Muzyka jest niezła jak na karty dźwiękowe początku lat 90, nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że Nowy Orlean zasługiwał na lepszą, bardziej charakterystyczną ścieżkę dźwiękową. A może to tylko za dużo Treme (serial o mieszkańcach NO po przejściu huraganu Katrina). “Czuć” w grze przede wszystkim interfejs podzielony na 8 czynności (4 w ekwipunku), który jest mocno nieporęczny. Czasem można “wyjść” z lokacji, czasem trzeba “otworzyć” drzwi, także różnice między “użyj” “otwórz” i “przesuń” nie są intuicyjne. Brak też znanego z współczesnych przygodówek autosave’u, interaktywnego kursora czy podpowiedzi. Fajnym patentem są dialogi zapisane na taśmach dyktafonu, które można odtworzyć w dowolnej chwili. Niemniej, nieraz brakowało mi wyraźniejszej podpowiedzi co mam zrobić, dokąd się udać i po co. Gra zawiera kilka czasówek, parę razy można też wyciągnąć nogi, co przy braku automatycznego zapisu gry potrafi dać w kość. Rozgrywka jest więc trudna ale satysfakcjonująca, nie brak ciekawych zagadek i emocjonujących momentów.

Sins of the Fathers to fragment historii gatunku, który od ponad 20 lat nie przeszedł radykalnych zmian. Owszem, uproszono interfejs, zaczęto unikać nazbyt absurdalnych zagadek (nie zawsze z sukcesem) i dodano autosave, ale podstawy idź-weź-użyj-porozmawiaj nadal stanowią tron rozgrywki gier przygodowych. Podobnie jest z Gabrielem Knightem. Oprawa trzyma się zaskakująco dobrze, a intrygująca historia i dobrze napisane postacie nie starzeją się nigdy. Warto się zapoznać z nią nie tylko ze względów historycznych, ale również jakości rozrywki dostarczanej graczowi.

Gra doczekała się dwóch kontynuacji, będących przy okazji dobrym wskaźnikiem trendów na rynku. 2 lata młodszy The Beast Within: A Gabriel Knight Mystery wykonano w full motion video z Deanem Ericksonem w roli głównej, natomiast trzecia, wydana 4 lata później Gabriel Knight 3: Blood of the Sacred, Blood of the Damned zrealizowano w grafice trójwymiarowej. Była to równocześnie ostatnia przygodówka wydana przez Sierrę, ale o upadku tego giganta kiedy indziej.

  • wujo444

    Ja pierr…. d_c, nie zabijaj mnie, proszę :( poprawny link do galerii http://imgur.com/a/ddo2C

  • http://www.alchemyarts.pl/ digital_cormac

    Uwielbiam staroszkolne przygodówki. Serię o Knighcie skończyłem tak dawno temu, że nie kojarzę już nawet poszczególnych lokacji. Gdyby tylko był czas na odświeżenie sobie tych wszystkich starych tytułów…

  • ash_22

    Warto także nadmienić, że Jane Jensen napisała książki o panie Knighcie. Z opinii które udało mi się znaleźć wydają się one na równie wysokim poziomie jak gra. Są to literackie odpowiedniki pierwszej i drugiej części. Cóż, zamiast odkurzać wspomnienia spróbuję się z nimi zmierzyć. A sama gra to jeden z klasyków Sierry, który utkwił głęboko w mojej pamięci. Jedynie co mi się nie podobało to poziom zagadek. Na szczęście w nadchodzącym Moebiusie nacisk ma być położony na te ostatnie, tak więc czekam z niecierpliwością na owoc pracy nowej firmy amerykańskiej pisarki.

  • kornick

    dwójka ta z filmami była śmieszna :D

    Siedzę na koniu!