web analytics

«

»

Growych wspomnień czar

Melancholijnych fotek nigdy za wiele (źródło: photon_de/Flickr)

Ostatnimi czasy z różnych względów trzyma się mnie, i zupełnie nie wygląda jakby zamierzał puścić, nostalgiczny nastrój. To może być starość, choć większości ludzi w moim wieku raczej się ona nie zdarza. Tak czy owak, zebrało mi się na wspominki, a nic nie stoi na przeszkodzie by powspominać razem, prawda?

Będą spoilery do Metal Gear Solid, Chrono Cross, Mass Effect 3, GTA IV, Shadow of the Colossus. Jak ktoś nie grał niech nie czyta i nadrabia zaległości.

Tak już mam, na szczęście lub nie, że dosyć łatwo mi wsiąknąć w różne opowieści – niezależnie od tego, czy „narratorem” jest książka, film czy gra wideo. Używając modnego ostatnimi czasy terminu, można by wręcz stwierdzić, że immersja przychodzi mi bez trudu. Co za tym idzie, mam tendencję do wczuwania się w wydarzenia na kartach powieści lub ekranie telewizora i nawiązywania z bohaterami osobistej więzi. Trochę to „dziewczyńskie”, ale cóż poradzić, nie każdy może być stuprocentowym samcem alfa.

Nie jest więc trudno stworzyć taką opowieść, by w pewnym momencie wywarła na mnie spore wrażenie. Nawet w dziełach, które uważam za ogólnie słabe często znajdują się pojedyncze sceny za którymi wprost przepadam. I zastanawiałem się ostatnio ile takich momentów potrafiłbym wskazać w grach wideo. Ale nie tam jakichś fajnych scen, które zobaczyłem i powiedziałem „o, czad”, tylko takich, że naprawdę rozwalały na łopatki i nie pozwalały o sobie zapomnieć. Trochę się tego znalazło.

Kiedy rozwodziłem się nad swoją tęsknotą za filmowymi introdukcjami w grach, wspominałem już o tym jak bardzo kocham ten moment, gdy w pierwszym Tomb Raiderze, na samym początku, za Larą zamykają się wrota do tajemniczego grobowca. Choć to akurat nie ze względu na to, że scena ta ma jakieś bardzo charakterystyczne cechy. Po prostu gdy pierwszy raz odpaliłem TR, a była to przy okazji jedna z pierwszych gier jakie miałem na PSX, lat miałem ledwie kilka. Dla mnie wtedy nie zaczynała się „jeszcze jedna gra”, tylko Przygoda przez duże P. Z pewnością ze względu na wiek, to właśnie w erze PlayStation takich momentów było najwięcej. Do dzisiaj czuję to samo co na początku Tomb Raidera, gdy w Final Fantasy IX uciekam ze zamieniającego się w kamień Evil Forest i cały baśniowy świat staje przede mną otworem – to bowiem właściwy start najlepszej opowieści w całej tej kultowej serii. No i nie mógłbym nie wspomnieć o Chrono Cross, gdzie zarówno intro jak i zakończenie wzruszają mnie tak samo jak wzruszały dekadę temu. Szczególnie finał, który w całości rozgrywa się tylko w słowach pojawiających się na ekranie. Najpierw pożegnanie rozstających się postaci, a potem zapowiedź tego, że Serge i Kid spotkają się jeszcze kiedyś.

Another place, another time.

It’s just that we might not realize

That you are you and I am me

Ilekroć widzę te słowa na tle zakurzonego tomu, przekonuję się że Chrono Cross ciągle jest najlepszą grą wideo wszech czasów.

Tak wymieniać by można jeszcze trochę, od Soul Reavera przez Spyro – w dzieciństwie każdy piksel potrafił fascynować i urzekać. Ale w kolejnej generacji również przytrafiały się wielkie sceny. Przede wszystkim trzy zakończenia, choć tylko dwa powody. Beyond Good & Evil i Metal Gear Solid 2 to był totalny szok. Siedziałem z rozdziawioną gębą i wpatrywałem się tępo w przestrzeń przez zwroty, jakie zaserwowały mi te dwa finały (w przypadku MGS już napisy końcowe). Trzeci przypadek, Shadow of the Colossus, to były wielkie emocje, związane z dramatycznym obrotem spraw i tym jak główny bohater został oszukany przez podstępne bóstwo czy innego demona. W tej grze pada tak mało słów, a mimo to jest tak wiele treści, że twórcom naprawdę można pogratulować talentu do opowiadania historii najbardziej minimalistycznymi środkami.

Więcej z czasów królowania PS2 jakoś nie mogę sobie przypomnieć. W bieżącej generacji z kolei jako pierwsze do głowy przychodzi mi GTA IV. Nie ze względu na jeden konkretny moment, a na postać Niko Bellicia, jednego z nielicznych bohaterów gier z krwi i kości. Pierwsze zabójstwo po dotarciu do Stanów, zdrada Dimitriego, odnalezienie po latach Darko Brevicia – wszystkie te sceny są niesamowicie nasycone dramatyzmem i ciężko wskazać jedną, wyrastającą ponad resztę. Podobnie jest z Mass Effect 3 – w pamięci wyryły mi się napakowane akcja i patosem fragmenty z Rannoch, Tuchanki i Ziemi, stanowiące chyba szczyt tego, co w elektronicznej rozrywce można osiągnąć naśladując hollywoodzki sposób prowadzenia narracji. Problemu z wyborem najlepszej sceny nie ma w Call of Duty 4. Cała misja „All ghillied up” w Prypeci, od wprowadzenia do skradania się po ponurych przedmieściach i osiedlach to przykład wielkiej maestrii w zakresie budowania nastroju. Infinity Ward trzeba też pochwalić za niesamowitego przeciwnika. Imran Zakajew w całej grze odzywa się chyba tylko raz – bardzo mocnym monologiem. Za każdym razem gdy słyszę My blood. On their hands mam ochotę zwinąć się w kłębek i ukryć w piwnicy, w obawie że ruski terrorysta opuści świat Modern Warfare i przyjdzie wywrzeć na mnie swoją zemstę.

No i na koniec mój zdecydowany lider, scena dla której napisałem te wszystkie smętne bzdety. Metal Gear Solid 4, Snake wraca na wyspę Shadow Moses, tam gdzie toczyła się akcja pierwszej części. Cały kompleks jest zniszczony, ale Konami nie pozwala ani przez moment wątpić, że to ten sam dziedziniec, te same budynki, te same korytarze, po których chodziło się 10 lat wcześniej. A w tle przygrywa genialne „The Best Is Yet to Come” z jedynki. I momentalnie wszystkie wspomnienia wracają, przypominają się losy bohaterów, inne dobre i mniej dobre sceny. Coś niesamowitego – cały czas zainwestowany w przechodzenie gier z tej serii, poznawanie kolejnych rozdziałów historii Snake’a, po powrocie na Shadow Moses momentalnie zyskał na wartości. I jakkolwiek dziś na fabułę serii MGS patrzę już zupełnie inaczej niż te kilka lat temu i traktuję ją jako niezłą ale strasznie dętą i momentami głupawą, to ten fragment próbie czasu oparł się w stu procentach. Rewelacja.

A was jakie sceny z gier (lub innych mediów) poruszają, złoszczą, radują, emocjonują? A może żadne, i tylko ja jestem taki sentymentalny?

  • CarnAge

    Gdybym miał wybrać tylko  jedną, jedyną  scenę z kalejdoskopu gier to… chyba byłoby to zakończenie Another World. Tej muzyki i rozpoztartych skrzydeł smoka nie zapomnę do końca życia.

    http://youtu.be/VcD4KeYO30o

    Jest jeszcze wiadoma scena z KOTORA… choć SW nie lubię to Knights…  bardzo lubię…

  • http://www.alchemyarts.pl/ digital_cormac

    Ojjjj, Chrono Cross utkwił w mojej pamięci już chyba na zawsze. Tutaj zgadzam się z Siergiejem w całej rozciągłości. To samo mogę powiedzieć o całym w zasadzie Another World. Pamiętam jak dziś, gdy po raz pierwszy odpaliłem go na mojej Amidze. Ten moment, gdy bohater wydostaje się ze studni i pojawia się w całkowicie obcym dla siebie świecie….przebiegająca w tle bestia….magia kurcze, po prostu magia. 

    Co do najlepiej zapamiętanej sceny to w sumie bez najmniejszego zastanowienia mogę wskazać taką jedną, która wybitnie wryła mi się w pamięć. To scena z Metal Gear Solid, gdy pokonana, umierająca Sniper Wolf wypowiada jeden z najlepszych monologów jakie zostały kiedykolwiek napisane. Nawet teraz, po tych wszystkich latach wywołuje on cholerne ciarki na plecach, a należy pamiętać, że oglądany podczas rozgrywki był niczym sześciotonowy młot walący cię w głowę i w serce. Niesamowite.

    https://www.youtube.com/watch?v=KX_h2Ltr1us&feature=related

  • Siergiej

    O tak, scena śmierci Sniper Wolf jest wielka. Też do dziś mnie rozwala, choć zdecydowanie wolę wersję oryginalną niż z The Twin Snakes. I dziś, gdybym mógł, wyrzuciłbym z niej komentarze Snake’a, bo głos Haytera jakoś zupełnie mi tu nie pasuje. Ale cała scena i tak jest rewelacyjna. Aż mi się zachciało od nowa zagrać w MGS ;)

  • kornick

    Jest siergiej jest impreza!

  • Siergiej

    Się wie ;)

  • polo_tuc

    Tak na szybko to tylko jedna gra dostarcza mi takich duszoszczypatielnych wspomnień: np taka scena:

    Bohater stoi na tarasie w rozgwieżdzoną noc, w białym smokingu, pali papierosa i patrzy na port. Wtem! widzi swojego głównego przeciwnika, wciągającego jego ukochaną na pokład odpływającego SS Lambada! Rzuca się w pogoń, skokiem godnym Indiany dopada trapu i …. jego ukochana rzuca w niego butelką! Bohater spada do wody, wielki transatlantyk i ukochana odpływają w noc…

    Jaka to gra?

    Podpowiedź – tam sama, a której pochodzi dialog:
    - are you in love in her?
    - love ? love is for the living, sir

  • Kaplus

    Oj, mam dużo takich ulubionych scenek.

    [Uwaga na spojlery]

    Ze wspomnianego w artykule GTA IV bez wątpienia śmierć Romana i monolog Niko w trakcie pościgu. Zrobiło mi się wtedy naprawdę przykro.

    Oba KotORy też zrobiły na mnie wrażenie. W dwójce cała końcówka i mnóstwo niewiadomych. Ta niepewność co będzie potem, magia. W jedynce szok spowodowany pewną krótką sceną (Karnaś, piszemy o tym samym? Fragment pomiędzy trzecią i czwartą planetą?) był porównywalną chyba tylko z wybuchem bomby atomowej.

    Nawet (a może zwłaszcza) znienawidzony przez wielu Alan Wake. Chociaż w tym wypadku musiałbym streścić połowę gry. Jak dla mnie panowie z Remedy są nie do przebicia pod tym względem. No i jeszcze ich Max Payne i niezapomniane sny. Dużo można pisać.

    Jest też pierwsza Mafia, z której co chwilę klimat wylewał się wiadrami. Do tego jeszcze to zakończenie z monologiem Toma.

    Nawet początek starego Unreala dobrze wspominam. Szok towarzyszący jękom ludzi masakrowanych na obcej planecie też jest nie do zapomnienia (kto pamięta pierwsze spotkanie ze Skaarj?)

    Można jeszcze by długo wymieniać.

  • Zlopp

    Metal Gear tp jest to!!!

  • kornick

    Final Fantasy 7 końcówka mmmm