web analytics

«

»

Introepoka

Nie lubię specjalnie rozmyślań o tym, że „drzewiej było lepiej”, głównie dlatego, że w dziewięciu na dziesięć przypadków to sentymentalne bzdury. Ale zebrało mi się trochę na wspominki i nie mogę odżałować tego, że obecnie nie przykłada się już takiej wagi do elementu, który pomógł rozpalić we mnie miłość do gier wideo. Gdzie są intra, ja się pytam?

Dla doktorów Cormaca i Niebieskiego Łosia retro-granie zaczyna się od pierwszej partii w kółko i krzyżyk na ścianie jaskini. Ja nie sięgam pamięcią tak daleko jak oni, traktowanie elektronicznej rozrywki jako hobby zaczyna się dla mnie właściwie od PSX-a i rozpieszczania mych oczu grafiką 3D. Oczywiście miło wspominam też kultowego u nas Pegasusa, maszynę o tajemniczej ale imponującej karierze, jednak to pierwszy członek rodziny PlayStation sprawił, że zacząłem sam o sobie mówić: jestem graczem. Pamiętam wrażenie, jakie wywarło na mnie intro pierwszego Tomb Raidera. Najpierw pojawienie się starożytnego artefaktu na pustyni, potem wspinaczka Lary po ośnieżonych szczytach w Peru, do grobowca Qualopeka. Jakby odjąć z tego idiotyczną rozmowę z Natlą, wychodziło naprawdę nastrojowe wprowadzenie. Do dziś jak słyszę dźwięk zamykających się za Larą kamiennych wrót, nie mogę oprzeć się irracjonalnemu wrażeniu, że mało która gra zaczynała się tak świetnie. Choć po kilkunastu latach od premiery TR ciągle nie zdołałem ustalić, co tam właściwie jest takiego niesamowitego. Cóż, sentyment robi swoje.

Piąta generacja, era pierwszego PlayStation, to odcinek historii gier wideo, w którym takich momentów było znacznie więcej. Obejrzenie intro było dla mnie czymś w rodzaju rytuału, to właśnie ono dostarczało pierwszych wrażeń związanych z daną produkcją. I twórcy potrafili rozpoczynać swoje produkcje od naprawdę rewelacyjnych animacji, czy to w formie teledysku, czy takiego fabularnego wprowadzenia, jakie Core zaprezentowało nam przy okazji pierwszych przygód Lary. Takich Tomb Raiderów, przykuwających uwagę od pierwszej klatki filmiku, w czasach PSX-a było sporo, a szczytowym osiągnięciem tego okresu okazało się inne dzieło spod bandery Eidos. Legacy of Kain: Soul Reaver swoim intro po prostu urywał łeb. Świetna muzyka, ponura narracja Raziela, okrucieństwo Kaina, łamiącego swojemu słudze skrzydła i ciskającego go w Otchłań. Jeszcze nie miałem kontroli nad postacią, a gra już dała mi w pysk. Bombą atomową. Final Fantasy VII zaczynało się niby skromnie, ale nastrojowe wprowadzenie, pokazanie smętnej panoramy cyberpunkowej metropolii i nagły przeskok do prowadzenia terrorystycznego ataku… to też było coś! Przy kolejnej części Square walnęło już prosto z mostu, jakieś piórka, melancholijne słówka, ujęcia z jakiejś łąki… ale wpleciony w to wszystko pojedynek Squalla i Seifera był doskonały, nie sposób było się nie zachwycać. Poza tym, komu w 1998 roku przeszkadzał kicz w grach wideo? To jakaś nowoczesna moda, żeby na to narzekać. Zombiaki zabijające policjantów i najemników Umbrelli w Resident Evil 3 też sprawiały, że człowiek od razu wiedział, że czeka go wielka przygoda w świecie opanowanym przez żywe trupy. I Nemesisa, 3-metrowe monstrum z wyrzutnią rakiet zamontowaną na ramieniu. Sweet.

Introdukcje bardziej nastawione na teledyskową widowiskowość, niż wprowadzenie do fabuły też potrafiły rozwalić na łopatki, ba, były w tym chyba nawet jeszcze lepsze od swoich narracyjnych kuzynów. Jeden z mojej dwójki faworytów to Tekken 3. Niektórzy mogą się nie zgodzić i twierdzić, że to Soul Blade miał lepsze intro, ale to bzdura. Pewnie, też było znakomite i miało świetnie pasującą muzykę, ale kaman, obejrzyjcie je sobie obydwa jedno po drugim. Inna liga, Tekken zmiata konkurenta. Drugie dzieło, a właściwie powinienem napisać arcydzieło, tego rodzaju można było podziwiać po uruchomieniu Chrono Crossa. I daję sobie głowę uciąć, że nikt nigdy nie zrobi lepszego intro do gry wideo. Niesamowita muzyka Mitsudy i genialny montaż scenek, a było z czego montować, bo hit ze stajni Square miał naprawdę genialne przerywniki. Co kilka miesięcy puszczam sobie ten filmik z czystego sentymentu i wciąż absolutnie nie ma sobie równych – to trzeba zobaczyć (i posłuchać!). Zresztą, wprowadzenie doskonale przedstawia, jak rewelacyjną grą jest Chrono Cross. Pokusiłbym się nawet o teorię, że najlepszą w swojej generacji.

Być może przemawia przeze mnie sentyment i melancholia, utrudniając mi trzeźwą ocenę sytuacji. Ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że porzucono zwyczaj rozpoczynania gry klasowym intro. Pewnie, wciąż zdarzają się naprawdę niesamowite wprowadzenia – w tej generacji wystarczy wymienić choćby pierwsze Modern Warfare albo obydwie części Left 4 Dead, nie jest więc tak, by zrezygnowano z tego całkowicie. Ale to są rodzynki, a kiedyś porządne intro było standardem. I to takim, za którym naprawdę tęsknię. Bo niestety, mimo bezgranicznej miłości do tych krótkich filmików będących wizytówką ery PlayStation, nie jestem w stanie nie zauważyć, że zestarzały się straszliwie. A godnych następców jak na lekarstwo. Z magii efektownych wprowadzeń trochę odarło nas chyba dobrodziejstwo Internetu – bo i po co robić intro, skoro wszystko co mogliśmy pokazać, pokazaliśmy już w 2 teaserach, 4 trailerach i 5 odcinkach developer’s diary? Fakt, że dziś ciężko byłoby zobaczyć w takiej introdukcji coś nowego… ale to nie przeszkadza mi za nimi bardzo tęsknić. Starzeję się.

http://youtu.be/sByyd5M2vYk

  • http://www.alchemyarts.pl/ digital_cormac

    “…Dla doktorów Cormaca i Niebieskiego Łosia retro-granie zaczyna się od pierwszej partii w kółko i krzyżyk na ścianie jaskini…”

    O taaak. Do dziś pamiętam te partie z Jolem, kiedy to przerywaliśmy jedynie po to, aby przykucnąć na chwilę przy ognisku i powysysać szpik z kości. Potem wybiliśmy wszystkie mamuty w okolicy i trzeba było się wyprowadzić z naszej jaskini. Zresztą i tak nie było już miejsca na ścianach. :P

    A intro do Chrono Cross’a to faktycznie najwyższa liga. Tu zgadzam się w całej rozciągłości.

  • kornick

    Interka super :)