web analytics

«

»

8 bitowa maszyna czasu – Wing Commander

Wing Commander to pozycja, której premiera miała miejsce w 1990 roku. Mimo to nawet teraz potrafi przyciągnąć do komputera, zająć długie godziny i zszargać nerwy – w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

Po raz pierwszy odpaliłem Wing Commander jeszcze na Amidze 500. Błyskawicznie podbiła moje serce. Z resztą nie tylko moje. Prawie wszyscy moi znajomi zachwycali się tą space operą. Dobrze zrobiony symulator, umiejętnie wzbogacony fabułą i pewnymi dość ograniczonymi smaczkami dostępnymi między zadaniami, a na koniec okraszony epicką muzyką. To był przepis na sukces. Jednak dopracowaniu pozycji nie ma się co dziwić, wszak stał za tym Chris Roberts.

Strzelaj Luke... oj nie ta gra!

Strzelaj Luke… oj nie ta gra!

Gra wstrzeliła się w kosmiczną tematykę, która wówczas była niezwykle popularna. Opowiada ona historię lotniskowa Tiger’s Claw i służących na nim ludzi, którzy toczą bój przeciw rasie człekokształtnych kotów zwanych Kilrathi. Nie jest to zapis całego konfliktu lecz jego wycinek, a dokładnie jedna misja składająca się z kolejnych zadań do wykonania w sektorze Vega. Wcielamy się w postać świeżo upieczonego pilota, który stawia pierwsze kroki w swojej karierze.

Sama gra nie jest bardzo skomplikowana, a nawet jest niezwykle schematyczna. Można podzielić ją na trzy główne części: wizytę w kantynie, gdzie możemy zapoznać się z plotkami krążącymi po okręcie na temat innych pilotów czy sposobów walki z Kilrathi, a także sprawdzić swoją pozycję w ogólnej tabeli wyników. Następnie jest odprawa, na której dowiadujemy się jaka jest sytuacja konfliktu i jakie jest nasze kolejne zadanie, później biegniemy do myśliwca i startujemy. I tak w koło Macieju… Co więc sprawiło, że ten prosty schemat odniósł taki sukces? Ano trzecia z wymienionych rzeczy – walka.

Misje stworzone zostały wprost idealnie. Są dynamiczne, pełne akcji, nie za długie i przede wszystkim trudne. Kilka pierwszych nie stanowi żadnego problemu jednak każda kolejna to prawdziwe wyzwanie. Chociaż cele misji są zmienne to jednak schemat gry zawsze jest ten sam. Mimo to tytuł nie się nudzi z kilku powodów. Pierwszy to wspomniany czas trwania zadania. Jest on zawsze idealnie wyważony i nie przedłużany sztucznie. Każde zadanie trwa od 5 do około 10 minut. Drugi element to poziom trudności. Wing Commander nie ma zróżnicowanych wartości dla mniej czy bardziej doświadczonych graczy. Wszyscy są traktowani jednakowo i zmagają się dokładnie z tymi samymi problemami. W 1990 był to standard. Nie było „łatwych” czy „trudnych” poziomów. Dzięki temu jak wymieniano się z kolegami swoimi doświadczeniami na temat gry można było bardzo łatwo stwierdzić kto jest naprawdę dobry „w te klocki”. Trzecia sprawa, która przyczyniła się do sukcesu to chęć poznania dalszej części fabuły. Grasz, bo chcesz wiedzieć co będzie dalej. Co więcej, WC nie wymaga od gracza bycia niepokonanym i zakończenia sukcesem każdej misji. Możemy ponosić porażki i jeżeli tylko przeżyjemy gra toczy się dalej, są kolejne misje do wypełnienia. Ostatnia sprawa, która przyczyniła się do sukcesu gry to rozwój postaci. Nie było to zdobywanie doświadczenia i rozdzielanie punktów. Mimo to wiedzieliśmy, że z każdą misją nasz pilot jest lepszym graczem, bardziej docenianym wśród wirtualnych kolegów z lotniskowca. Za tym zaś szły całkiem konkretne profity jak choćby fakt, że lepsi piloci latali lepszymi myśliwcami.

Medal od Bronka?

Medal od Bronka?

O grafice czy dźwięku to raczej nie ma się co rozpisywać. Można oczywiście powiedzieć, że wtedy był to naprawdę wysoki poziom itd. jednak teraz, po 25 latach całkiem inaczej patrzy się na oprawę wizualną. Chciałbym jednak powiedzieć coś dobrego o oprawie dźwiękowej. Jest na tyle dobra, że nawet dziś, choć wykonywana w „midi” wpada w ucho.

Nie pozostaje mi nic innego jak z czystym sumieniem polecić Wam zagranie w Wing Commander. U mnie ta space opera zawsze ma miejsce na dysku. Uwielbiałem ją na A500 i bardzo lubię grać w nią i teraz. Cały czas przyciąga do komputera a jej poziom trudności doprowadza wprost do szewskiej pasji. Jednak kolejne porażki nie wywołują chęci jej odstawienia, lecz jeszcze bardziej przykuwają wywołując zaciętość i charakterystyczne uczucie„Co! Ja sobie nie poradzę?!?”

Artykuł pochodzi z zaprzyjaźnionego z GRAstroskopią serwisu GamesDivision.info.

 

Disclaimer dla niekumatych ;): przypominamy, że “8 bitowa maszyna…” to nazwa własna cyklu z działu “Prosektorium”. Po prostu to nasza maszyna czasu jest “8-bitowa” i dzięki niej przenosimy się w przeszłość giercowania. :D

  • Trevorr

    Och grało się na PC w jedynkę i dwójkę. Dwójka chyba była najlepsza. Trójka “filmowa” i czwórka też były spoko. Kumplowi zazdrościłem bo u niego na 386 33mhz działało lepiej niż u mnie :D

  • polo_tuc

    To wszystko kłamstwo, wcale nie było takich gier. Utworzono wam fałszywą świadomość i pamięć. Teraz jest tylko doładowywana prefabrykowanymi filmikami i screenami, które rzekomo maja 25 lat. Wytworzono je w zeszłym tygodniu downgrejdując grafiki z Assasins Creeda Unity.
    Pomyślcie, jaki żywy człowiek mógł grac w takie pikselowe coś, dostałby ataku epilepsji po 90 sekundach.
    Zwróćcie uwagę na postać, która pojawia się w 4:49 filmu… Przypadek?

  • ererer

    serce tygrysa lepsiejsze

  • kolabor666

    Kurcze specjalnie joystick sobie do WC kupilem swego czasu. Najlepij się chyba jednak bawiłem przy Privateer o to byl spacesim

  • gugus

    ee a WC był na 8-bitowce??

  • kornick

    Nie grałem w jedynkę i dwójkę. Przygodę z Wingiem zacząłem od trójki. Tej z zapijaczoną mordą Luka Skajłokera i spółki.

  • don

    Się grało