web analytics

«

»

Gears of War: Judgment – recenzja

Gow1Mogłoby się wydawać, że seria Gears of War zakończy się na części trzeciej, zamykającej trylogię przygód Marcusa Fenix’a. Ale jak wiadomo powszechnie nie zarzyna się kury znoszącej złote jaja, wręcz przeciwnie… Eksploatuje się ją do końca.

Gears of War: Judgment to dzieło w dużej mierze polskiego studia People Can Fly, które było odpowiedzialne za (moim zdaniem bardzo dobrą, ale niedocenioną grę) Bulletstorm. Tym razem Epic dało im szansę wykazania się przy marce, którą całe tabuny gracze pokochali mi. Za klimat, soczystą brutalność i świetną grę drużynową.

Jak już powszechnie wiadomo fabuła gry rozgrywa się tym razem przed wydarzeniami z pierwszej części trylogii Gyrosów. Głównymi bohaterami nie są tutaj członkowie drużyny „D” (Delta), ale drużyny „K” (Kilo), w skład, której wchodzą Augustus Cole, Sofia Hendrik, Garron Paduk i Damon Baird. Blondasek-inżynier dostał tym razem główną rolę, jako dowódcy oddziału, i w sumie całą tą wesołą gromadkę poznajemy w momencie, gdy mają stanąć przed sądem wojskowym. W trakcie rozprawy każda postać przedstawia nam fragment historii, która zaprowadziła ich pod sędziowski młotek. Jako gracz wcielamy się kolejno w każdą z nich, przeżywając wydarzenia przez które zostali zakuci w kajdany. Fabuła nie należy do zbyt ambitnych, jeśli mam być szczery to momentami zdaje się być jedynie zbędnym elementem. Tak czy siak twórcy tym razem podzielili grę na wyraźne „sekcje”, w których mamy do wykonania jakieś zadanie, oraz za których przejście zdobywamy noty w postaci gwiazdek. Im wyższy poziom trudności, tym inny ich rodzaj. Do oceny liczy się wszystko, ilu zabijemy, jak zabijemy, czy egzekucja, czy headshot itp. itd. Jednym słowem: game has become even more Arcade. Ale na szczęście ludki z People Can Fly wprowadzili bardzo fajne urozmaicenie. Bowiem jak wiadomo każdy członek oddziału spowiada się przed sądem, ale to od nas zależy (decydujemy o tym praktycznie na początku każdej sekcji) czy wspomnimy w zeznaniach o pewnych „okolicznościach”. W praktyce sprowadza się do tego, że nakładamy na siebie jakieś ograniczenia. Np. Baird w swoich zeznaniach wspomina, że w pomieszczeniu było ogromna ilość pyłu utrudniająca widoczność, albo ktoś inny mówi, że nie mieli amunicji i mogli korzystać tylko ze znalezionych broni. To tylko przykłady, jest tego dość dużo, pomysły się momentami powtarzają, ale nie wieje od nich nudą. No tak, ale co w zamian za wysiłek? Otóż szybciej/łatwiej nabijamy wspomniane wcześniej „gwiazdki”, praktycznie za każdym razem, gdy korzystamy z „utrudnienia”, rozgrywka staje się trudniejsza, trzeba coś niecoś pomyśleć, zaplanować by przeżyć.

Do boju!

Do boju!

Dla osób, które grały, bądź, chociaż widziały jak wygląda Bulletstorm, w momencie odpalenia gry od razu zaświecą się oczka. Jeśli mam porównywać trylogię Marcus’a i Judgment pod kątem design’u poziomów, ich wykonania i klimatu, to ta druga bije na łeb poprzednią. Poziomy są po prostu śliczne, gdy trzeba jest szaro, a gdy trzeba jest kolorowo. Chłopaki od projektowania poziomów odwalili naprawdę kawał przecudnej roboty. Sekcje są bardzo dopracowane, aż czuje się, że jesteśmy w porcie, magazynie czy mieście po odwiedzinach Szarańczy. Gearsy 3 były w tym temacie bardzo nijakie, były może dwie, trzy lokacje które naprawdę mnie urzekły. Tutaj natomiast oczka świeciły mi się prawie zawsze. Kapitalna robota w tym temacie, a także w kwestii modeli postaci. Bezapelacyjnie dorównują, a nawet przewyższają poziomem trójkę. Aż przyjemnie patrzy się na śmigających po ekranie ludków z drużyny Kilo, a jeśli chodzi o twarze, to młody Baird i Cole to kawał solidnej roboty. Zresztą wszystkie postacie „zrobione” zostały podręcznikowo, gorzej jest natomiast z ich jakby to powiedzieć… „duszą”. Najbardziej wyrazisty jest Paduk, stary wiarus kochający snajperki, zaraz za nim trochę sztywna służbistka Sofi’a. Cole jaki był taki jest, natomiast najsłabiej wypadł właśnie ten pan, który grać miał pierwsze skrzypce. Baird w trylogii był dowcipnym, momentami opryskliwym geniuszem o wygórowanym ego. Tutaj czasem coś sapnie, czasem coś uszczypnie, a generalnie jest jakiś taki troskliwy, nijaki… Kurde, coś z nim nie tak generalnie, może to różnica wieku i chłopak niecoś dorósł później, ale kiedy staje przed sądem nie jest tym samym twardzielem, którego pamiętamy z oryginalnej trylogii.

Nowa część, więc zatem powinniśmy dostać A – nowe zabawki, B – nowych przeciwników. Z kategorii A do arsenału wpadają nam między innymi: „Buszka” – granatnik, snajperki automatyczne, charakterystyczne dla COG i dla Szarańczy, oraz kusza do ustawiania „potykaczy” z granatnikiem. Z obrzyna wreszcie można walić po jednym strzale, co zwiększa jego śmiercionośność. Niestety teraz tylko dwie giwery można ze sobą taszczyć, wliczając w to pistolet oczywiście. Z nowych wrogów mamy przede wszystkim furiatów ze snajperkami, którzy jak oberwą (a nie zginą) to zmieniają się w duże, czerwone, brzydkie, złe i silne. Słowem – zabić szybko, nim zabije was. Reszta szarańczy to standardowy zestaw z poprzednich części. No niektórzy rzeźnicy są czasem ciężko opancerzeni. Słowem to ta sama zgraja, brać i wyrzynać… Aha, zmianie uległo też sterowanie, ale to drobiazg, do którego łatwo się przyzwyczaić po chwili…

Gears of War od początku był grą stworzoną dla trybu kooperacji. Widać to o tyle wyraźnie, gdyż często w kampanii trzeba zwyczajnie bronić się, starając utrzymać daną pozycję, a niestety AI naszych towarzyszy niekiedy zaskakuje nas nieprzyjemnie… Nic dodać nic ująć. Najlepiej znaleźć sobie kumpla (a najlepiej całą paczkę – można grać całym team’em) i przyspawać go do pada. A jeśli już o kooperacji mowa, to należy dodać, że wreszcie można pograć w „Girsy” w trybie zwykłego deathmatch’u. Nic tylko się cieszyć, chwytać śrutówkę i jazda z cyklu “każdy na każdego”. Do tego też dodany został tryb „obrony”, gdzie COG broni jakiegoś strategicznego miejsca (zatkana „dziura” szarańczy, generator…), a Locuści mają to po prostu zniszczyć. Proste, ale tym razem (podobnie jak w „Bestii” z trójki) mamy możliwość wybierania klas po obu stronach. Także COG ma medyka (leczy granatami), inżyniera (stawia wieżyczki i naprawia barykady/działka), żołdaka (rzuca skrzynki z amunicją) i snajpera (umie się wspinać i rzucać granaty, a także pokazujące schowanych za zasłonami przeciwników). Locuści mają troszkę szerszy arsenał, poczynając od grenadierów, snajperów, ogromnych rzeźników z tarczami odbijającymi pociski, po leczących kantusów i stonogi. Naszą rolę w teamie można zmienić po każdej śmierci, rozgrywka jest dynamiczna, przyjemna i wymaga ciągłej współpracy. Słowem: cud, miód i orzeszki.

i w multi...

i w multi…

Należy się też wzmianka o muzyce. W poprzednich częściach po dłuższej chwili potrafiła ostro nużyć i drażnić. Tu nie odczułem nic takiego, nawet po sześciu godzinach spędzonych przy konsoli non stop. Gdy trzeba daje ostrego kopa, a kiedy indziej – uspokaja (ten słodki, gitarowy riff kończący każde starcie…).

Gears of War: Judgment jest pozycją gdzie każdy, kto lubił, choć jeden z elementów poprzednich części, znajdzie coś dla siebie. Jest dobry soczysty multiplayer, gdzie możemy się po prostu wyrzynać do woli, lub współpracować „for the greater good”. Jak ktoś chce „stare dobre girsy” to ma kampanię, która starczy spokojnie na kilka godzin zabawy. Gdybyśmy jednak chcieli więcej, wówczas w każdej sekcji odpalamy utrudnienia i już czas rozgrywki wydłuża się o nieudane próby ukończenia poszczególnych poziomów, czy powtórzenia w celu uzyskania maksymalnej noty za sekcję. Słowem, dla każdego coś miłego. Ta gra to kolejna, słodka opowiastka o żołdakach z COG, pięknie zrobiona i przyzwoicie podana, pomimo nijakości sfery fabularnej broni się ostro satysfakcjonującą rozgrywką, kilkoma nowościami i solidnym multiplayerem, który zapewni nam dużo godzin zabawy tej zimowej wiosny. Aha, jak nastukamy odpowiednią ilość gwiazdek, możemy odblokować też dodatkową kampanię w której dowiemy się co Baird i Cole robili w trójce, gdy Marcus z ekipą byli na występie w „mieście duchów”. Grę polecam zwłaszcza fanom Gears’ów, reszcie także jako dobre wprowadzenie, by przekonać się do trylogii. To po prostu Gears’y w czystej postaci, z małymi brakami (no niestety, nie mogę przeboleć tego „nijakiego” Baird’a) ale na poziomie.

Autorem recenzji jest Marcus Delago . Artykuł pochodzi z zaprzyjaźnionego z GS serwisu GamesDivision.info. Gears of War Judgment otrzymał ocenę 7/10.

  • kornick

    Ta gra przed premierą wzbudzała we mnie zero ekscytacji. Nie to co sama trylogia.

  • Siergiej

    Z Gearsami był ten problem, że jeśli nie grało się w co-opie (bo ten wymiatał i zabawa była przednia) to trzeba sobie było porcjować rozgrywkę. Na krótką metę było ekstra, ale jak już człowiek biegł od jednej osłony do następnej, wychylał się, zabijał 3 locustów i biegł do jeszcze kolejnej osłony, to po dwóch godzinach potrzebował przerwy. Z tego co widziałem po gameplayach Judgement (niech żyją sequele, juhu…), jakiejś wielkiej zmiany nie ma, choć te sceny gdzie trzeba się bronić to dość fajne urozmaicenie. Ale 4 razy w Gearsy w jednej generacji to już chyba jednak dla mnie za wiele ;)

  • erazmm@wp.pl

    Grałem tylko w dwójkę, ale może pogram w Judgmenta

  • kornick

    Pojutrze pożyczam girlsy od kolegi :)