web analytics

«

»

Dead Space 3 – recenzja

W 2008 roku Visceral Games wypuszczając Dead Space, sprawił wielu graczom miłą niespodziankę. Na początku projekt miał być trzecią częścią legendarnego System Shock. Niestety nabycie prawa do marki było na tyle utrudnione, że w końcu zdecydowano się na coś zupełnie nowego. Przygody inżyniera Isaaca Clarke’a były spełnieniem marzeń wszystkich miłośników filmu Event Horizon, czyli horroru dziejącego się w kosmosie. Grafika, cechująca się wysokim stopniem dopieszczenia, nowatorski system walki, i sączący się zewsząd klimat były wyróżnikiem gry. Oczywiście, gdy się coś dobrze przyjmie i sprzeda, nie potrzeba wiele czasu, by doczekać się kolejnej odsłony serii. Sequel niestety nie dorównywał poziomem pierwowzorowi. Czuć było oddech Electronic Arts na karku, przez co DS ucierpiał. Zamiast statku Ishimura zaczęliśmy przechadzać się po ludzkiej kolonii. Etapy były mniejsze, nowe minigry nie do końca przemyślane, a graficznie odczuwało się pogorszenie. Nie przeszkodziło to oczywiście w stworzeniu kolejnej odsłony. Developer dostał możliwość zrehabilitowania się.

Skoczyć, czy nie skoczyć?

Intro przenosi nas na Tau Volantis, pokrytą lodem planetę z dziwnie ukształtowanym księżycem, gdzie żołnierze starają się przechwycić tajemniczy obiekt, zwany kodeksem dla doktora Earla Serrano. Szybko przechodzimy do tutoriala, w którym wcielając się w Tima Kaufmana, jednego z podkomendnych generała Mahada. Pomimo pewnych trudności udaje się nam w końcu dostarczyć kodeks. Generał w podzięce przeprowadza na nas egzekucję, kasuje dane zawarte w pamięci technologicznego znaleziska, i na koniec popełnia samobójstwo. W tym momencie gracz rozkłada bezradnie ręce, zastanawiając się, o co w tym wszystkim chodzi?

Trzy lata po wydarzeniach z poprzedniej części, widzimy samotnego Isaaca w małym mieszkaniu. Najwyraźniej Ellie Langford, która uratowała się razem z nim, zamieniła go na nowszy model. Na szczęście nie musimy długo czekać na to, by zapoznać się z kapitanem Robertem Nortonem i sierżantem Johnem Carverem. Ellie wraz z zespołem naukowców zaginęła w rejonie wcześniej wspomnianej mroźnej planecie. Nie zastanawiając się długo, rozpoczynamy naszą kolejną wyprawę w nieznane. We wszystko wplątują się Unitolodzy, którzy aktywują jeden z Markerów. Nasze pierwsze zadanie to wydostać się spod kolejnej inwazji Necromorphów którzy zostali przyzwani.

Szukając igły w metalowym stogu

Patrząc na samą rozgrywkę nie zmieniło się zbyt wiele. Sama walka pozostała bez zmian. Możemy strzelać daną bronią w dwóch trybach, tak jak miało to miejsce w poprzednikach. Deptanie po korpusach zabitych potworów by zebrać dodatkową amunicję i inne przedmioty także można uskuteczniać. Zmieniono jednak możliwość ulepszania naszego kombinezonu. W jedynce musieliśmy poświęcić trochę czasu i części by móc usprawnić, powiedzmy poziom tlenu. Teraz uległo to uproszczeniu. Zamiast wypełniania ścieżki do danej opcji od razu klikamy i ją dostajemy. Na szczęście nie uda nam się odblokować ich wszystkich aż do końca samej rozgrywki, tak więc udało się tutaj zachować balans rozwoju postaci. Oprócz standardowego inżynierskiego odzienia, będziemy otrzymywali możliwość wybrania zupełnie innych w miarę posuwania się do przodu. Niektóre cechują się większą wytrzymałością na ciosy, inne zapewniają ciepło przy bardzo niskich temperaturach. Dokonane usprawnienia przechodzą na każdy z kombinezonów. Większym zaskoczeniem okazuje się być reorganizacja bencha (ławy). To na niej dokonywaliśmy zakupu broni, i sprzedaży znalezionych części komputerowych, jak i całej reszty. Najbardziej imponuje teraz ilość nowych broni, które możemy stworzyć samemu. Jest ich naprawdę dużo, a każda z nich zachowuje się w unikalny sposób. Maniacy militarnych zabawek będą wniebowzięci. Jeżeli jeszcze dodamy do tego wszelakiej maści „usprawniacze” do każdej z broni, to otrzymujemy naprawdę imponujący arsenał. Nawet zwykły pistolet który dostajemy na początku może się zmienić w śmiercionośny obrzyn. Możemy także dodawać do nich elementy, które dają także boosty naszemu współkompanowi. Bo jak niektórzy zapewne pamiętają, na targach E3 mogliśmy ujrzeć prezentację z DS3 na którym oprócz Isaaca był ktoś inny. Tym kimś innym okazuje być właśnie Carver, ze szramą na twarzy, który wygląda niczym jeden z bohaterów Gears of War. Na szczęście nie aż tak komicznie umięśniony. Możliwość co-opa była najgłośniejszą zmianą w stosunku do poprzedników. W zasadzie dostaliśmy tylko trochę misji pobocznych i nic więcej. Pojawiają się dodatkowe sceny w zależności od tego, w kogo się aktualnie wcielamy, lecz nie zmieniają one diametralnie samej fabuły. Cóż, dobrze się stało, DS zawsze był nastawiony na survivalową modłę, i druga osoba psuje tylko suspens. Przywołując jeszcze przygody Marcusa Fenixa, należy podkreślić że nie będziemy zmuszani do ciągłego skrywania się za węgła i wystrzeliwania kolejnych pocisków w określonych momentach. Żołnierze związani z Unitologami będą, w porównaniu z Necromorphami, rzadko spotykani. Oszczędzono nam więc tego, zużytego do granic możliwości elementu gameplayu. Bestiariusz uległ poszerzeniu, co jest szczególnie odczuwalne na samej planecie z której wywodzą się Markery. Regenerujący się Necromporh którego spotkaliśmy pod koniec drugiej części teraz występuje w liczbie mnogiej i jak zwykle gracz będzie zmuszony do umiejętnego manewrowania by nie zobaczyć napisu game over. Oprócz tego więcej czasu spędzimy w przestrzeni kosmicznej naprawiając niezbędne elementy instalacji, a także poszukując potrzebnych gdzie indziej części. Wyglądają one doskonale, wszędzie walający się kosmiczny złom porzucony dziesiątki lat w którym musimy się odnaleźć. Słyszymy tylko własny oddech; a gdzieś w zakątkach czają się potwory. Warto pozwiedzać same instalacje i zobaczyć jak dużo włożono tutaj pracy.

Necromorph na sterydach

Wspomniane misje poboczne w trybie kooperacyjnym nie są jedynymi. Także ci, którzy preferują bycie samotnym wilkiem dostają zadania zupełnie niezwiązane z głównym wątkiem fabularnym. Generalnie pomagają nam one przy zaopatrzeniu. Amunicję i apteczki łatwo znaleźć, ale najbardziej mocne usprawniania dla broni właśnie znajdziemy podczas naszych „skoków w bok”. Należy przygotować się na większą ilość Necromorphów, i uważać, byśmy nie zostali tylko z możliwością ataku pięścią. Początkowo nie wolno bezmyślnie pociągać za cyngiel. Fani serii zapewne wiedzą, że trzeba celować w kończyny, czyli nogi i ręce by jak najszybciej zneutralizować zagrożenie. Oczywiście strzelając w tors także się nam powiedzie, jednak wymaga to o wiele więcej “pracy”. Lepiej więc strzelać rzadziej, ale celnie. Później, gdy Necromorphy spotykamy w dużych ilościach nie jest to już wielkim problemem. Znajdziemy również małe boty które możemy wysyłać do zbierania potrzebnych materiałów, z których możemy tworzyć wszystko co nam będzie niezbędne w przeżyciu. Zbierając magazynki i posiłkując się benchem przy tworzeniu ich zapasów, jesteśmy w stanie wytrzymać nawet długie oblężenie. Przy okazji zadań pobocznych poznajemy losy innych, którzy spotkali się z Markerami.

Wschody słońca na Tau Volantis są zawsze piękne

Patrząc na aspekt graficzny, ciężko tutaj wydać jednoznaczną ocenę. Na początku wydaje się, że dostajemy znowu wybrakowany produkt. Tekstury wydają się rozmazane. Pierwsze wrażenie nie nastrajało optymistycznie. Na szczęście im dalej, tym lepiej. Mroźne kaniony Tau Volantis przytłaczają swoim ogromem. Zewsząd atakuje nas przeraźliwie zimny wiatr, a temperatura naszego ciała szybko spada. Musimy skrywać się w pomieszczeniach, uruchamiać generatory i rozgrzewać się. Dalej zwiedzimy jeszcze sanktuarium, mocno inspirowane twórczością H.P. Lovecrafta. Wizualnie jest więc piątka z dużym minusem. Udźwiękowienie zawsze stanowiło mocny punkt DS, i tak też jest w tym przypadku. Niepokojące dźwięki dochodzące z szybów wentylacyjnych, odgłosy maszyn, czy podnoszące ciśnienie krzyki Necromorphów dalej są obecne. Muzycznie Jason Graves i James Hannigan kontynuują smyczkowe warianty, które przeradzają się w huczącą muzyczną falę w momencie gdy napotykamy na swojej drodze zagrożenie. Jedyne do czego można się przyczepić to jawne kopiowanie utworu ze ścieżki dźwiękowej „Aliena”, który słyszymy gdy wychodzimy w przestrzeń kosmiczną. Wszechogarniające uczucie deja vu od razu podpowiedziało mi w czym rzecz. Ale trzeba przyznać, że pasuje on idealnie do tych sekcji gry.

Czy warto sięgnąć po DS3 ? To zależy od tego jak bardzo jesteś fanem poprzednich części. Najbardziej oddani z nich już zapewne dawno ją ukończyli. Inni, mniej przekonani, mogą spokojnie poczekać na obniżkę cen. Pewne elementy fabuły także obniżają ogólną ocenę. Nie wdając się w szczegóły, wystarczy powiedzieć że nie jestem fanem umieszczania wątków romansowych w filmach i grach na siłę. Bardziej spostrzegawczy zauważą także niespójności w stosunku do pierwszej części. Pod koniec zaś przesadzono z ilością przeciwników, przez co wdaje się monotonia, a uczucie zagrożenia już nam nie towarzyszy. Kładąc to na karb projektowania pod kątem kooperacji, życzę powodzenia i po raz kolejny puszczam sobie Ukryty horyzont.

 

  • henio

    Fuj, gra elektroników. Nawet jakby była ósmym cudem świata to bym nie kupił. Chociaż pierwszą część wspominam bardzo ciepło, dobrą atmosferę stworzyli.

  • kornick

    Grałem tylko w jedynkę. Może jak się na dwókę kiedyś zdecyduje to i trójka wleci :)

  • polo_tuc

    Na jakim poziomie trudności grałeś, ash? I czy było “wyzwanie”? A jak było, to wynikało z sensownej ale wymagającego czy z niedoróbek?
    I czy bardzo/koniecznie trzeba sie bawić w Marcusa F.?

    • ash_22

      Grałem na normalu, czyli tak jak w poprzednie części. Wyzwanie? Jeżeli ktoś grał w poprzednie części i udało mu się je skończyć, to nie powinien mieć większych kłopotów. Niektóre sekcje są jednak na tyle angażujące, że łatwo jest zginąć. Przykładowo gdy trzeba uważać na ogień a zewsząd na ciebie jeszcze wyskakują potwory. Później , tak jak zaznaczyłem ilość przeciwników na daną lokację wzrasta i stanie w miejscu kończy się czasami zgonem. Najgorsi są regenerujący się osobnicy, potrafiący jednym machnięciem przepołowić nas na pół. Dla mnie było akurat. Nie wiem co dokładnie rozumiesz pod niedoróbkami. . Jeżeli chodzi o sterowanie to nie ma z tym problemów, celowanie myszką również jest płynne. Trzeba się przyzwyczaić, że nawet ze stasis (spowalnianiem) i mocarną bronią odniesiemy trochę obrażeń. Gdy walczy się w ciasnym pomieszczeniu albo coś wyskakuje za tobą z szybu to nie ma niestety możliwości się tego ustrzec. Kontrolowanie tłumu Necromorphów, szczególnie tego późniejszego to często rosyjska ruletka. Raz ledwo to odczujesz, a kiedy indziej będziesz miał pasek zdrowia na czerwono. Na nudę nie można narzekać, a sam zginąłem parę(naście) razy. Dla mnie jest ok.

      A zabawa w Marcusa F. jest, tak jak zaznaczyłem w tekście, bardzo ograniczona. Na palcach jednej ręki mogę zliczyć momenty “kucane”. Wygląda to tak, jakby ktoś z góry zarządził implementację cover shootera w DS, a następnie po zobaczeniu jednej sceny przestał się tym interesować ;). Też obawiałem się totalnego przegięcia w tą stronę, ale udało się wybrnąć z tego.

  • http://www.alchemyarts.pl/ digital_cormac

    Kurczę nie wiem. Nie mogę jakoś przekonać się do tej gry. Jedynka była świetna. Dwójka dużo słabsza. Trójka – no właśnie. Poza tym, moim zdaniem doskonale pasuje do niej termin ukuty przez henia – “śmierdzi elektornikami”… Uproszczenia, zubożały klimat (lub jego brak, jak kto woli), nadmierna strzelanka. Nie wiem, jakoś tego nie kupuję.

  • CarnAge

    Mam zainstalowaną jedynkę i dwójkę, ale nie mam zdrowia żeby przejść za bardzo się boję :P

    • polo_tuc

      Przejdź CarnAge jedynkę, jest git. Jedynka mi się zajebiście podobała, głównie ze względu na klimat kojarzacy mi sie z SysShocka2: sam jeden w wyludnionym statku, gdzieś w cholerę w kosmosie. Jakoś to do mnie przemawia. Elementy horrorowe były przyjemnym dodatkiem, zwłaszcza kawałkowanie nekromorfów. No i te dźwięki, nie dziwie się, że co wrażliwsi (CarnAge?:) lekko popuszczali w spodnie. Wkurzały mnie tylko niekóre przegięte killroomy, gdzie zaczynała sie fiesta a’la Hard Reset (nie porównuję już do Serious Sama, bo ostatni był smętny i powolny), co przy pewnej ociężałości Izaaka było upierdliwe.
      @ash dzięki za odpowiedź na pytania, właściwie EA powinno podziękować, bo pojawiła szansa że sobie DS3 kupię. mamsobie odpuscić DS2? Gra wymaga Origina?

      • ash_22

        Jako że z natury przechodzę wszystkie części danej serii, odpowiem że wziąłbym. Lubię mieć ciągłość, jeżeli chodzi o fabułę, a taka przerwa by tylko skłaniała cię później i tak do tego by ją spróbować. I tak, DS 2 niestety wymaga Origin.

    • ash_22

      Kupuje gry, ale w nie nie gra. Carnage – największy hipster na grastro ;).

    • henio

      Dokładnie, jedynka wymiata, klimat jest bardzo ciężki, taki jak powinien być na statku kosmicznym opanowanym przez obcych. Sporego stresa miałem grając. W dwójce było już bardziej strzelankowo, stawiali bardziej na widowiskowość niż na straszenie. Trójki nie kupię.

  • Rób

    Zero horroru nie polecam

  • kornick

    Uwaga pożyczylem od kumpla na X360 dwójkę i trójkę. Wieczorem odpalam Dead Space 2 już się z koniem boimy!!! :)

    Siedzę na koniu